Blog
Leonarda B.
Leonarda Bukowska
Leonarda Bukowska Trochę piszę, trochę tlumaczę, trochę gram na pianinie, dużo pracuję.
70 obserwujących 532 notki 964799 odsłon
Leonarda Bukowska, 19 kwietnia 2017 r.

Przyjazd Tuska: Miał być Paderewski, wyszedł Lenin

2366 145 0 A A A

       VIP może dziś z Gdańska do Warszawy bardzo wygodnie dolecieć samolotem, wielu tak robi. Trwa wszystko krótko, przebiega sprawnie, VIP nie jest narażony na żadne nieprzyjemności i może sobie spokojnie i bez tłumów spędzać czas w czymś, co kiedyś nazywało się „salonikiem dla VIPów” a dziś „lounge”. W przyjeździe Donalda Tuska do Warszawy nie o to jednak chodziło, chodziło o to, żeby przetestować reakcję, podobnie zresztą jak i w grudniu w trakcie próby obalenia legalnie wybranych władz.

       W grudniu miał być triumfalny wjazd Króla Europy do stolicy pośród wiwatów uciśnionego polskiego ludu prowadzonego na barykady przez prawdziwych i jedynie słusznych demokratów z PO i Nowoczesnej. Test skończył się na przystanku Wrocław a Król Europy do Warszawy nie dotarł po tym, gdy okazało się, że lud wcale nie jest skory do awanturowania się i nadstawiania karku za powrót światłego monarchy na tron. Wszystko skończyło się na przemówieniu w tonie krwisto-patetycznym podczas gdy w Warszawie wzmożeni demokraci testowali swe zdolności wokalne w Sejmie tudzież grzebali tam w rzeczach swych kolegów.

       Siły światłości nauczone już grudniowym doświadczeniem, że Polacy chwilowo na burdy ochoty nie mają, zaplanowali tym razem wszystko inaczej, godniej. Tym razem dla reżyserów powitania na stacji PKP za pierwowzór posłużył triumfalny wjazd Paderewskiego do Poznania (stąd i ten pociąg).

       Ach, jak pięknie miało być. Tłumy narodu oświeconego na dworcu, wśród tłumów bratający się z nim celebryci i działacze partii. Król wychodzi triumfalnie z wagonu i macha ręką do wiwatującego tłumu. Tłum zaś wznosi wolnościowo-demokratyczne okrzyki o konieczności uwolnienia ciemiężonego narodu od krwawej kaczystowskiej dyktatury. Mieszają się barwy i kolory demokracji i wolności – żółć żonkili pozatykanych w klapie z okazji rocznicy Powstania w Getcie, czerwień komunizmu, tęcze ruchów LGTB (niegdyś kolor ruchu spółdzielczego) i szafir Europy. Wszystkie stany, wszystkie narody, wolność i demokracja miała wznosić się nad peronem PKP zmieszana z zapachem dworcowego powietrza.

       I wszystko na nic. Żadnego triumfalnego wjazdu pociągiem a la Paderewski – zamiast dumnego Polaka i wielkiego pianisty owacyjnie witanego przez tłumy widzowie mogli zobaczyć człowieka o przestraszonej twarzy, jakby nieco zredukowanego w stosunku do tego, co zostało w pamięci z lepszych czasów, któremu ochroniarze musieli torować drogę. Wiwatów nie było słychać a nawet jak były, to mieszały się z okrzykami kontrmanifestantów. Na pierwszy plan przedostały się niewątpliwie – i tak ta w sumie żałosna imprezka pozostanie w pamięci – duże czerwone plansze. Początkowo wydawało się, że są to symboliczne czerwone kartki jakichś przeciwników Tuska. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się, patrzącemu ukazywał się Lenin. Tak, nie Tusk a właśnie Lenin. Był kiedyś taki plakat – nie pamiętam dokładnie z kiedy on był i z okazji jakiej okoliczności, pamiętam, że było to dawno, za komuny. Sama oryginału tego cuda nie pamiętam, bo to chyba coś, co zaistniało grubo przed moim urodzeniem. Miałam jednak jako dziecko serię znaczków z lat bodajże sześćdziesiątych – a na tych znaczkach plakaty w miniaturze z okazji jakichś partyjnych uroczystości. Ta sama grafika, te same kolory. Czarny Lenin na czerwonym tle.

       I tyle impresji z imprezki, na której narodowi miał się objawić nowy Paderewski a zamiast niego objawił się stary Lenin. Jak widać wiecznie żywy.


Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Polityka